Ludzie listy piszą

nieuczciwi "producenci"

...""właśnie przeczytałam "Jak kupić psa" na Twojej stronie i może za Twoim pośrednictwem mogła bym ostrzec innych ludzi i oszczędzić im bólu i wydatków które są wynikiem kupowania byle gdzie. Od dzieciństwa kochałam psy i zawsze marzyłam aby jednego mieć, kiedy w końcu poszłam "na swoje" urodził mi się syn i okazało się, że jest alergikiem, więc z psa musiałam na jakiś czas zrezygnować. Jakieś dwa lata temu usłyszałam o Yorkach i o tym, że jest to jedyny pies jakiego mogę mieć, więc najpierw lektura a potem zakup pieska. Słyszałam dużo o wystawach i o tym że i tak nie mam szans nawet gdybym kupiła najładniejszego psa, więc stwierdziłam że rodowód jest mi niepotrzebny. Znalazłam ogłoszenie "piękne Yorki po rodowodowych rodzicach", zadzwoniłam i umówiłam się na spotkanie. Psy były ładne czyste i wyglądały na zdrowe. Na miejscu dowiedziałam się, że są sprowadzone ze Słowacji, na zdjęciach widziałam i ojca i matkę. Wszystko wyglądało w porządku więc zdecydowałam się na zakup psa, zapłaciłam 1300zł i wróciłam do domu szczęśliwa, że w końcu w moim domu zamieszka piesek. Lecz moja radość nie trwała długo po tygodniu zauważyłam, że moja Cleo nie patrzy na mnie kiedy jestem wyżej niż ona, po wielu badaniach i wizycie u wielu weterynarzy ( aby się upewnić ) okazało się, że pies jest kompletnie ślepy i musi tak być juz od urodzenia bo nawet w nowym miejscu się nigdzie nie obija i omija przeszkody jak nietoperz. Pokochałam tego psa już tak bardzo że stwierdziłam trudno skoro jej to nie przeszkadza to mi też nie. Ale nasz horror dopiero się rozpoczął. Później doszło zatwardzenie po prostu się zatkała i żadne leki nie pomagały. Leżała 3 dni pod kroplówką i dopiero jej stan się poprawił na tyle, że mogła wrócić do domu. Była z nami dwa dni leżąc cały czas na łóżku kiedy trzeciego dnia wróciłam z pracy ona leżała zaśliniona i strasznie nią rzucało. Oczywiście z powrotem do szpitala -wyrok- padaczka i żyła która omija wątrobę i wprowadza do organizmu z powrotem brudną krew. Nie mogliśmy patrzeć jak ona bardzo cierpi już nas nie poznawała i najgorsze co musiałam zrobić to wyrazić zgodę na uśpienie mojej małej Cleo. Przez wiele dni chodziłam zapłakana nie byłam w stanie iść do pracy ani jeść. To było najgorsze co przeżyłam w życiu, nikomu tego nie życzę dlatego uważam że trzeba nagłaśniać takie sprawy aby nikt inny już nie cierpiał przez "producentów". Po tej nauczce zadzwoniłam do znanego w Polsce hodowcy i kupiłam psa z rodowodem. I jak dotąd ( odpukać ) oprócz zapaleni gardła moja Donna jest zdrowa  i ma się dobrze. 

Wioletta

 

Pozwoliłem sobie opublikować  wypowiedzi z forum Dogmani  dotyczące zdobywania, kupna swojego pupila.

U mnie było i łatwo i ciężko. Zawsze miałam w domu psa, wiec nie byłam jednym z tych dzieci, które usilnie musiały rodzica prosić o zwierzątko. Pamiętam jeden szczegół, kiedy miałam jakieś 10 lat byłam z tata na wystawie psów w Chorzowie. Tam pierwszy raz zobaczyłam Yorki. Tak mi się spodobały, ze tata obiecał, ze jak będę starsza to kupi mi takiego "kokardkopsa". Ale lata mijały a do nas trafił niechciany przez poprzednich właścicieli kundelek, który podbił nasze serca. Jak byłam juz na studiach tata się wyprowadził, zabierając "Barika" ze sobą. Do mnie wprowadził się mój chłopak. Bez psa było nam wygodniej - ciągłe wyprawy, (lubimy różne sporty), do tego i Barik był pod ręką i psiak w chłopaka domu rodzinnym. Ale pewnego lata pojechaliśmy do Zakopanego. Było tam tyle Yorków! Zaczęłam rozmawiać z jedną z właścicielek. Opisała mi posiadanie yorka (oczywiście w samych superlatywach! ) i nie mogłam wprost uwierzyć, ze to takie cudowne psy! Wtedy coś we mnie drgnęło i jakąś część mnie zaczęła znowu chcieć dawno obiecanego "kokardkopsa". Potem zaczęłam mieć fioła na tym punkcie. Czytałam książki, chodziłam po necie (trafiłam na dogomanie ). Musiałam się upewnić, ze to jest właśnie to czego chce. Zaprosiłam też do siebie koleżankę, która ma yorka (ale miniaturkę, bez rodowodu). Mała Daisy tak mi się spodobała ze byłam już pewna. Przekonanie chłopaka zajęło mi chwilkę i byliśmy gotowi jechać kupić szczeniaczka. Wyszliśmy z takiego założenia jak większość zjadaczy chleba: nie musi mieć rodowodu. Ma być do kochania a nie na wystawy. Żebym wtedy wiedziała... Znaleźliśmy ogłoszenie w gazecie. Potem poszło szybko: mila pani, ładnie pieski, niska cena. Wybraliśmy maleństwo. Później się okazało, ze 2 miesięczny pies miał wielkość rodowodowego 2 tygodniowego szczeniaka! Szczęśliwi pojechaliśmy do domu. W nocy coś się z nim działo. Rano znowu jakiś atak czy co? Zadzwoniłam do tej pani. Powiedziałam, ze coś się ze szczeniakiem dzieje ale Ona potraktowała mnie tak fatalnie, ze juz byłam pewna, ze coś jest nie tak. Weterynarz stwierdził ostra wrodzona padaczkę i chore serce. Kilka godzin później musieliśmy go uśpić. Nie dało się go leczyć, był zbyt mały . Strasznie to wtedy przeżyłam. Oczywiście jak się pozbierałam do kupy stwierdziłam, ze kobiecie nie popuszczę! Nasłałam na nią panią z TOZ, która zrobiła im inspekcje. Okazało się, ze psy są krzyżowane miedzy sobą, ze wszystkie maja wrodzone wady genetyczne, ze się nie nadają do niczego tylko do uśpienia. No słowem wszystko, czego się można było spodziewać po nierodowodowych psach. Obecnie wiem, ze pieski jej zabrano i ze maja juz one nowych właścicieli ( jednego ma ta Pani inspektor z TOZ )
No ale teraz o moim Łobuziaku: od tamtego zdarzenia minął miesiąc. I to było niesamowite, ze szczenie nie było z nami nawet 12 godzin a tak zakręcił nasz świat! Strasznie nam brakowało malutkiego pyszczka, łapek, które biegną za nami...niesmialo zaczęłam znowu myśleć o psie...A moje kochanie, ze zawsze jest na miejscu i zawsze wie o czym myślę zabrało mnie pewnego dnia do jednego domu. Nie wiedziałam gdzie jadę. Tam czekali na mnie szczeniaczek!!! Miał na głowie kokardę i był taki nieśmiały...Zakochałam się w nim bez pamięci Był dla mnie! Teraz mamy psiaka z legalnej hodowli i nie oddalałbym go za nic!!! Właśnie śpi na moich kolankach To chyba tyle

Forum Dogomani            SCADIA

 

A u nas to było tak, Mąż oczywiście był przeciwny, namówiłam, więc najpierw naszego 6 letniego synka, potem zachęciłam abyśmy tylko pojeździli po hodowlach i pooglądali. No, więc udało się  , mąż jak tylko zobaczył maleństwo to od razu zmiękł i zaczeliśmy jeździć i oglądać. (z ogłoszeń gazet)
W końcu zdecydowaliśmy się na pieska, wydawał nam się najładniejszy i taki malutki, Pani była bardzo miła od razu w ręku miała książeczkę pieska, tak jak by chciała powiedzieć `oto papiery proszę`. Pokazała nam Matkę, w pokoju też na balkonie był mały wilczurek (mówiła, że przywiozła go z Niemiec) Na drugi dzień zadzwoniłam do Pani, i powiedziałam, że przyjedziemy po pieska popołudniu.
Wyobraźcie sobie, podjechaliśmy pod jej dom dzwonię do domofony a tu zamiast, zaprosić do środka tak jak poprzednio, Pani wychodzi pod furtkę z pieskiem pod ręką i nie otwierając nawet furtki mówi cenę, którą mamy zapłacić, staneliśmy wszyscy jak wryci, i zaproponowałam jej czy możemy wejść, ponieważ mam parę pytań, ona otwarła wreszcie furtkę, ale nie wpuściła do domu mówiąc, że ma bałagan.
Byłam już gotowa wyjść, ale piesek był tak uroczy, taki bezbronny. Staliśmy i zadawaliśmy Pani pytania, odpowiedziała nam na nie i wreszcie wzięliśmy naszego pieska. Był taki kochaniutki, !!!!! Doszliśmy do wniosku, że to jest Piesek naszych marzeń.
W aucie jechał spokojnie, w domku strasznie się cieszył , bawił, lecz na drugi dzień zaczął mieć wodnistą kupkę, zadzwoniłam do Pani, ale Pani tak nie chętnie chciała rozmawiać mówiąc, iż nie ma czasu, ale jeżeli pije to wszystko jest ok..
Na drugi dzień pojechałam do weterynarza z pieskiem już było gorzej, dostał antybiotyk a w nocy już myśleliśmy, że to koniec , nasz psinka nie ruszał się , spał cały czas (ciężko oddychając) nic nie jadł nie pił, i zaczął wymiotować, była godzina 11 wieczór Sobota, a ja sprowadziłam dwóch weterynarzy na nogi i do przychodni ,Parwowiroza 30% piesków przeżywa tą okropną chorobę (powiedział nam lekarz) Pamiętam jak odjeżdżałam, mąż się z nim żegnał myślał że to koniec, dostał kroplówkę, i mieliśmy czekać, na drugi dzień było bardzo źle, piesek piszczał z bólu, nie mógł chodzić, obijał się o ściany, to było okropne nie mogę o tym pisać, weterynarz wreszcie znalazł maleńką żyłkę w łapce aby mu włączyć węflon.
Walka o Snoopcia życie trwała 2 tygodnie, były dni gorsze i też lepsze, (podobno ta choroba tak się objawia) najgorsze było to, iż Snoopcio bardzo był głodny, chciał jeść a nie mógł nawet dostawać pić, to było okropne, takie maleństwo potrzebuje jeść, bo rośnie, jak tu pieskowi wytłumaczyć, że to dla jego dobra...
Weterynarz w pewnym momencie, nie dawał nam w ogóle szans, powiedział, że najlepiej będzie jak oddamy pieska Pani, ale nie poddaliśmy się , Pani i tak już nie chciała z nami rozmawiać. I po 2 tygodniach jazdy po dwa razy dziennie do weterynarii , udało się powolutku, Snoopcio zaczął dostawać jedzonko specjalne, był taki szczęśliwi, wszyscy lekarze byli jednego zdania ta psinka będzie nam wdzięczna za to przez całe swoje życie.
Dodam jeszcze, że Parwowiroza rozwija się właśnie u nowego właściciela, po około 2 dniach. Jak się później okazało (dowiedziałam się od jej weterynarza) , Pani z pseudo hodowli miała 2 tygodnie wcześniej pieska innej rasy, który umarł, ale ona twierdziła, że był to skręt kiszek. Teraz już bym nie popełniła takiego błędu, ale czy ja wiem, trudno powiedzieć.
Snoopcio ma już 8 miesięcy i jest zdrowym szczęśliwym i kochanym pieskiem  , kochamy go wszyscy bardzo mocno, wszędzie jeździ z nami, jest naszym oczkiem w głowie. Synek mój przepada za nim, śpimy wszyscy razem, i po prostu jest cudownie, życie nasze dzięki Snoopcia stało się takie wesołe i jesteśmy szczęśliwi , że jest razem z nami, naprawdę warto było walczyć.
Mój list może będzie przestrogą dla nowych nabywców piesków.

Forum Dogomani             Snoopy7